To tak z okazji zbliżającego się końca świata. Buahahahhhaaa!!!
****
Ta
gwiaździsta, wiosenna noc była ciepła i pachnąca mokrą trawą. Pełna tarcza Księżyca
przebijała się przez korony drzew, oświetlając mchy i monolity, tworząc
pajęczynę z cieni. Krąg dębów i klonów otaczał ognisko, wokół którego zebrało
się grono wszelkich nacji i ras – ludzi,
krasnoludów, elfów, niziołków… Nawet leśne wróżki zleciały się z różnych
zakątków Puszczy Klimis’Miniom aby
posłuchać przepowiedni Wajdeloty z Cellnout.
Krąg Drzew na Rozdrożach był częstym miejscem spotkań i wspólnego
odpoczynku wędrowców z różnych stron. Rozdroża bowiem rozwidlały się na
wszystkie strony świata, prowadziły do wielu ważnych miast i portów. Wspólne
postoje i noclegi były czasem w którym przekazywano sobie informacje i
wiadomości z podróży, handlowano, a niekiedy zawierało trwałe znajomości. Wówczas można było też snuć opowieści,
przekazywać legendy, filozofować. Albo przepowiadać przyszłość. Po świecie
krążyło wielu profetów i wieszczek, mediów i czarodziejów. Chętnie słuchano ich
szalonych proroctw. Nawet tych najmroczniejszych... bo większość z nich była niedorzeczna
i bzdurna.
Wajdelota z
Cellnout – kościsty, brodaty starzec z haczykowatym nosem i łysym plackiem na
głowie stał na zrębie pozostałym po stuletnim drzewie. Obok owego pniaka
rozpalono ognisko dymiące przyjemnym, drzewnym zapachem. Jedni wędrowcy
usadowili się wokół ogniska, inni usiedli na drzewach. Rozkulbaczone konie
drzemały nieopodal ze spuszczonymi łbami. Pomiędzy członkami tego grona nie
było uprzedzeń. Wszyscy byli równi, chociaż odmienni. Wysoki, szczupły i
urodziwy elf siedział obok krępego, niskiego i pomarszczonego krasnoluda,
barczysty mężczyzna – przedstawiciel ludzkiej rasy, usadowił się obok drobnego
niziołka o poczciwej twarzy. Nie było różnicy, czy ktoś żył lat tysiąc czy
osiemdziesiąt, czy miał uszy okrągłe czy też szpiczaste – nic nie grało roli.
Jednak nie zawsze tak było.
Wajdelota
tymczasem mówił.
- …Wszędzie zda
się wyczuć obecność bogów, sił nieczystych i upiorów na nasze szczęście łasych!
Zaprawdę powiadam wam jako, że potwory
wszelakiej maści istnieją naprawdę! Peryci skrzydlaci, katoblepasy żarłoczne,
gulony plugawe, w żelazne zęby zbrojne, bazyliszki okrutne, mantychory wielkie,
o paszczęce z trzema zębów rzędami, harpie uwodne, karkadammy o rogach od
miecza ostrzejszych, shaubahvary i łogry obrzydliwe! Zaprawdę, zaprawdę
powiadam wam, że niedobitkowie ras i bestii dawnych…
- Mamy dość
rozważań o duchach i potworach opowiadających! – ktoś przerwał natchniony
monolog Wajdeloty traktujący o wpływie działalności istot spirytystycznych i
wierze w legendarne, choć… jednak istniejące potwory na egzystencję mieszkańców
ziemskiego padołu.
- Proroku
czcigodny, powiedz nam lepiej, jak potoczą się losy tego świata!
- Zbliża się,
zbożni zebrani, Dzień Ostateczny! – zaczął znowu starzec gromowym, płomiennym
głosem, ale zupełnie takim tonem, jakby mu w ogóle nie przerwano i zmienił
temat sam z siebie, bez próśb – Zbliża się czas kiedy wylecą z mroku zaświatów
Dzikie Zastępy, bandy oszalałych jeźdźców, psów zajadłych! Teraz czarownice na sabatach się spotykają,
gdzie pozwalają sobie na zachowania sprośne a zbereźne, ucztują i diabła czczą.
A zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam, że konszachty z diabłem, do zagłady
prowadzą! A kiedy nad światem diabły i źli Bogowie Podziemia zapanują, ziemia w
ogniu stanie, powietrze morowe nad domami unosić się zacznie. Wtedy to ludzie i
inne rasy rozumne wszelakie zoczą, że bliski jest koniec! Bliski jest tedy Dzień Końca Świata – dzień gniewu, dzień ucisku i utrapienia,
dzień ruiny i spustoszenia, dzień ciemności i mroku, dzień chmury i burzy! Krew
na mieczach schnąć przestanie! Każdy, zaprawdę każdy będzie wtedy przegranym, płakać
pocznie czerwonymi łzami z krwawych oczodołów! Mord i pożoga! Wszystkie oceany,
morza i rzeki w krew a ogień się przemienią, na całej ziemi wielki głód się
zadzieje. Wszędzie zło i zbrodnia, cięgiem krwi przelew! Już teraz, jako tu
trwamy, wokół ognia zebrani, dzieje się Wiek Zdrady, Gwałtu i Przemocy, Wiek
Nieustannej Wojny!
- A po czym,
proroku zoczyć można, że to już koniec świata? Chyba nie bez sygnału rzecz się
stanie? Bez ostrzeżenia? Bez larum? – przerwał siedzący wygodnie na konarze
drzewa jasnowłosy elf.
- Dobre
pytanie szacowny pan elf zadał – kiwnął głową niziołek siedzący wśród grupy
słuchaczy – I ja dumam nad tym. A wy, proroku, co dumacie? Będzie ostrzeżenie
jakie, czy nie będzie?
Wajdelota z
Cellnout nadymał się i począł grzmieć dalej, mocno już zachrypniętym ale
donośnym głosem:
- Powiadam
wam, czcigodni, straszny wiek nam nastał! Podle woli rozjątrzonych bogów,
Elfowie na stosach płonąc będą, Gnomowie i Krasnoludowie na pożarcie zwierzętom
dzikim rzuceni zostaną, Ludzie zaś zgładzą się nawzajem! Bestie, zdziczałe z
głodu, przekroczą rzeki, narody powleczą
przywódców swych w klatkach z gorącego żelaza i do mórz ognistych
wrzucą!
- Ktoś tu
się chyba nawdychał Wroniego Dymu… - zadrwił pod wąsem pewien krasnolud, a
siedząca obok niego korpulentna kobieta potwierdziła to skinieniem głowy i
kwaśnym uśmiechem.
- Lecz zaprawdę powiadam wam – grzmiał Wajdelota
- Wypatrujcie znaków na niebie i ziemi!
Wypatrujcie dzikich zastępów na niebie! Na niebie z rozżarzonymi, umierającymi
gwiazdami! Oto nastaną Trzy Dni Nadejścia.
I dnia pierwszego Elfowie poczną śpiewać swą
Ostatnią Pieśń. Krasnoludowie w bębny bić będą, pomni na tradycje swych
przodków. Wróżkowie Taniec Snu zatańczą. Ludzie modły wznosić będą do bogów
wszelakich, każdy do tego w którego najbardziej wierzy. I zajdzie nad światem
słońce, a ptacy głosy stracą! I będzie dzień pierwszy Dniem Mroku i Ciszy.
Azalisz dnia drugiego wylecą z nieba dwie kule
od słońca ognistsze i walki toczyć krwawe a płomienne między sobą zaczną! Iskry
na wysuszone lasy opadną i pochłonie je ogień, a bestie leśne wybiegną z onych
i oszalałe, ludy atakować poczną! I będzie to Dzień Ognia i Wilczego Zęba.
Trzeci dzień będzie jeno dniem w którym woda
wszelka i jadło wszelkie jadem zasiąknie, niezdatne do spożycia się stając. I
głód a pragnienie zapanuje nad ludem i zwierzem. I będzie to Dzień Wężowego
Chleba.
Naraz po
tych trzech dniach nastanie Dzień Końca Świata! Tedy widma umarłych powrócą na
pola bitew i boje toczyć będą, aż do wielkiego i ostatecznego końca! Trytoni a
Syreni z Podwodnych Krain wyjdą na krwawe brzegi, poczną mordować, kobietom
gwałty zadawać, dzieci porywać i pożerać! I spełnią się zapowiedzi Wajdeloty z
Cellnout! Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam, są znaki na niebie i ziemi!
Wypatrujcie symboli! Wypatrujcie białych Ptaków Śmierci na wieżach ratuszowych
i Zastępu Dzikiego pod nocnym niebem! Dzień ów straszliwy, gniewem bogów i
diabłów przesiąknięty, nastanie rychło!
Prorok zakończył, choć wydawałoby się, że nie
skończy nigdy. Kaszlnął chrapliwie, usiadł na pieńku, pociągnął nosem. I
zasnął. Zasnął opierając podbródek na piersi. Zmęczyło go owe gorliwe przemówienie.
Wędrowcy zaś siedzieli nadal wokół ogniska, w zgodzie, w pokoju. Gwiazdy nad
Rozdrożami migotały przyjaźnie, jakby roztaczając nad nimi opiekę. Wróżki
wracały do swych dziupli, zostawiając za sobą świetliste, kolorowe smugi. Niektórzy
podróżni układali się już do snu, inni zaczęli mruczeć senne pieśni. W wielu
językach. I żaden, absolutnie żaden z
nich nie wierzył w proroctwo Wajdeloty.